MojeLustro

wtorek, 26 czerwca 2018

MÓWISZ - JEST PROBLEM? - MÓW - JEST ROZWIĄZANIE!

 
Staram się (nadal się uczę) nie oceniać rodziców - zwłaszcza matek, bo wychodzę z założenia, że tylko ideałom (!) wolno...a poza tym nie ma "przyzwolenia" na ocenianie sytuacji innych osób/rodzin dopóki samemu nie doświadczy się "identycznej" sytuacji...Nawet podobna sytuacja nie uprawnia nas do ocenienia i "wymądrzania się" - bo wiele szczegółów, które akurat podobne nie są, mogą znacząco wpłynąć na wystawienie "błędnej oceny". 
 
 
Jesteśmy "wyszkoleni" w kierunku rozmawiania o problemach, analizowania ich i wyolbrzymiania. Robimy to nagminnie w domu, pracy, przychodni, przedszkolu, szkole, studiach, kursach, sklepie, u fryzjera i gdzie tam jeszcze ludzie chodzą..."Przekazujemy" te problemy/lęki naszym dzieciom...Rozmawiając z partnerem, znajomym, rodziną często nie zdajemy sobie sprawy, że dziecko wyłapuje wszystko, nawet jeśli siedzi ze słuchawkami na uszach (muzyka jest prawdopodobnie/być może wyłączona) , bawi się, uczy się...wtedy wylewamy potok smutków i żali, a nasze dzieci tego słuchają...kochają nas, chcą ratować "nasz wspólny Świat", interesują się głównie naszymi problemami, bo przecież nie zdarza nam się zbyt często rozmawiać z nimi o fajnym dniu w pracy czy śmiesznej sytuacji w sklepie...o tym paplamy z kumpelą/kolegą...
 
Popełniamy błędy, które ciężko jest naprawić...są to błędy które nasze dzieci wdrukowują sobie i zabierają w świat...
 
Wiem z doświadczenia, że większość rodziców myśli, że jak dzieci nie są w tym samym pomieszczeniu to nie słyszą o czym się mówi (!) - nic bardziej mylnego - wyostrzają słuch!! Działa to na zasadzie efektu cocktail party - coś co jest dla nas interesujące,/dotyczy nas, nasz mózg wychwyci nawet na głośnej imprezie...możesz nie słyszeć co opowiada Ci kolega face to face, ale gdy ktoś na drugim końcu wypowie Twoje imię, to usłyszysz perfekcyjne! - podobnie działa to u naszych dzieci. Gdy rodzice rozmawiają o problemach to dzieci, nawet gdy zasypiają, potrafią się przebudzić i podsłuchiwać. Oczywiście zinterpretują to na swój sposób - bo nikt nie zamierza podejmować z nimi rozmowy na temat problemów...i zapewniam, że ich głowa od tego czasu zacznie inaczej przetwarzać informacje niż jak przed nalotem negatywnych (niewyjaśnionych) informacji. Dzieci maja też paskudną!!! umiejętność przypisywania sobie winy. Biorą odpowiedzialność za zło, którego doświadcza rodzina (kłótnie rodziców, problemy materialne, choroby)...i tu również (często) pozostają z tym same, bez wyjaśnień i ściągnięcia z nich poczucia odpowiedzialności.
 
Jak to jest, że rodzice uważają, że sytuacja rodzinna nie dotyczy dziecka??? Bo dziecko to niskopodłogowe stworzenie i niczego nie zrozumie??? Nie, przepraszam....w niczym nie pomoże...
 
Więc dostaje po głowie tymi wszystkimi problemami...ale już nie słyszy, że problemy zostały rozwiązane...że mama z tatą się dogadali, że pieniądze na kredyt się znalazły, że  babcia jednak nie ma raka, że to nie jego wina - że rodzice się rozwodzą...
 
Gdy dziecko nasłucha się o tych katastrofach w domu, podpyta kolegów w szkole, coś potwierdzą, coś zaprzeczą...poskłada do kupy...i suma summarum JUTRA NIE BĘDZIE!!! Świat się skończył wczoraj wieczorem...skoro mama/tata (mój cały Świat) ma problemy to Świata się zawalił...
 
Jeśli nie masz możliwości (?), czasu (?), ochoty (!), potrzeby (!) porozmawiać o problemach "dorosłych" w kawiarni, lesie, parku, samochodzie...jeśli istnieje jakiekolwiek prawdopodobieństwo, że Twoje dziecko może słyszeć o czym się rozmawia w domu...to zbadaj to i nie zostawiaj go bez rozwiązania...rozmawiaj też o sukcesach jakimi są rezultaty rozwiązania problemów rodzinnych..itp.
 
Dziecko ma prawo wiedzieć, że pieniądze "się znalazły", choroby nie ma lub da się ją wyleczyć lub nie jeśli nie to dlaczego... Nie musisz mu mówić o co się kłócisz z mężem/żoną...ale porozmawiaj z nim, że to nie jego wina, że nadal go kochacie i że cokolwiek się wydarzy to rodzice się rozwodzą ze sobą a nie z dziećmi...
 
Dziecku jest o wiele trudniej radzić sobie z problemami...jest jakieś 20-30 lat doświadczeń/umiejętności za nami...to sporo...posiada "nieposłuszne" hormony, a relacji uczy się głównie z Internetu...koledzy po szkole biegają po różnych zajęciach, w szkole wszyscy siedzą na portalach społecznościowych i piszą do siebie siedząc "okno" dalej...w domu różnie bywa...a jakkolwiek bywa to dziecko jest z tego bywania wyłączone...
 
Dziecko do szczęścia na prawdę potrzebuje nie wiele...czy wiesz że wystarczy 15-30 min dziennie "porządnej jakościowo" uwagi, aby Wasze relacje były trwałe i stabilne, aby dziecko czuło, że jest ważne i kochane...ale to musi być uwaga niezachwiana...uwaga która skupia się tylko na potrzebach dziecka...to dziecko jest kierownikiem tego czasu...Czy wiesz, że wystarczy wyjść raz w miesiącu z dzieckiem na lody, do kina, na spacer, na basen, itp. aby czuło, że lubisz spędzać z nim czas, i że Wasz wspólny czas nie ogranicza się tylko do odrabiania lub sprawdzania lekcji, ewentualnych kąpieli, rozmawiania o spóźnieniach i wizytach u lekarza...w tym czasie wyłączasz telefon, tablet, nie szukasz Wi-Fi. O to samo prosisz dziecko (myślę, że nie trzeba będzie, jak już to tylko raz, jeśli nie - to tym bardziej poświęcaj mu więcej czasu).
 
Nie bądźmy egoistami, sami byliśmy dziećmi i nawet jeśli żyliśmy w rodzinach "dzieci i ryby głosu nie mają" to nie znaczy, że nam to odpowiadało...jeśli nie zaspokajano naszych potrzeb, i sami nie wiemy jak to robić w przypadku naszych dzieci...to czytaj, pytaj, rozmawiaj z innymi...ucz się i szanuj fakt, że już nie jesteś dzieckiem i masz wpływ na swoje życie. Przerwij łańcuch którym ktoś dawno temu Cię obezwładnił...
 
W każdej dorosłej głowie jest ukryte dziecko...pozwól mu czuć...
 
 

piątek, 1 czerwca 2018

MAMA


Myślę, że to co napiszę powinno mieć oddźwięk pozytywny, jednak w zależności od doświadczeń każdy zinterpretuje to na swój sposób.
 
Nie jestem super doświadczoną mamą, i nie będę się wymądrzać jako mama, raczej jako baczny obserwator ludzi. Nie będę też oceniać innych matek, bo nie łatwo być mamą i nie miałoby sensu oceniać innych, samej będąc "niedoskonałą"...bo czyż (teoretycznie) tylko osobom doskonałym nie powinno się zezwalać na ewentualne ocenianie...
 
Żyjemy w skomplikowanych czasach "bycia super"...to trudne czasy, bo z jednej strony krzyczymy i protestujemy w sprawach równouprawnień, równości, wolności głosu, podejmowaniu decyzji w sprawie własnego życia...a z drugiej strony obrzucamy błotem matki, które nie karmią piersią, szczepią/nie szczepią, piją alkohol, dają dzieciom słodycze lub karmią tylko eco foodem...i tak w kółko...jestem zwolennikiem wymiany poglądów, a nawet krytyki...ale tej konstruktywnej...
 
To, że mamy wiecznie podlegają ocenom i sądom sprawia, że nie mogą swobodnie wychowywać dzieci. Skupiają się na tłumaczeniu swoich wyborów, na odpieraniu zarzutów, na komentowaniu i interpretowaniu zachowań swoich dzieci...oraz porównywaniu się z innymi mamami. Gdzie w tym wszystkim jest dziecko?
 
Żyje sobie u boku mamy i podąża za jej codziennymi rozterkami, kocha ją miłością oczywistą i akceptuje wszystko co mama robi (choć w ogóle nie świadome, że cokolwiek akceptuje). I mimo, że powinno być odwrotnie, bo to matka powinna podążać za dzieckiem, to nie ma takiej możliwości, bo narzucone tempo przez matkę i przez dziecko różni się totalnie.
 

Gdyby spytać matkę, czego życzy swojemu dziecku na przyszłość, to nawet nie będąc doświadczona matką, lub w ogóle matką nie będąc można założyć, że życzyć mu będzie: szczęścia, zdrowia, miłości, dobrej pracy, "dobrego" partnera, ewentualnie korzyści materialnych...itp...itd...i wszystko się zgadza...bo czego by tu nie dodać...to często i gęsto, aby te cudne życzenia się spełniły musimy na to zapracować (my - matki).
 
Nie zdajemy sobie sprawy z odpowiedzialności jaka na nas ciąży. To co matki mówią, co myślą, ale przede wszystkim to, jak się zachowują i jak tratują innych (w tym oczywiście potomstwo), to wszystko skanują dzieci i zapisują na twardych dyskach. Pewne rzeczy są wypierane, inne modyfikowane przez lata (pamięć miesza się ze snami - blednie), co nie znaczy, że nie wpływają na dorosłe już dzieci.
 
Wszyscy popełniamy błędy, wszystkie matki mają wątpliwości co do słuszności sposobu wychowywania, jednak nie wszystkie się reflektują. Mówimy o naszych prawach i obowiązkach. Nawołujemy do świadomego macierzyństwa. Oczekujemy dobrych wzorców wychowania. Wszyscy wiedzą, że trzeba "dobrze" wychować dziecko, i nawet niektórzy (być może więcej niż niektórzy) uważają że faktycznie dobrze wychowują swoje dzieci. Lecz nadal ciągnie się za nami pogląd, że "dobre wychowanie" to posłuszeństwo, dobre wyniki w nauce, maniery...o tym się głośno nie mówi, bo tak jak wcześniej wspomniałam, matki życzą dzieciom szczęścia, zdrowia i miłości (niczym cioci na imieninach)...ale karmimy dzieci obawami, lękami, oczekiwaniami, nakazami...
 
Posłuszeństwo może być egzekwowane poprzez rozmowę, przytulanie, akceptację, spokój, szacunek. Tylko i wyłącznie tak "wypracowane" posłuszeństwo pozwoli żyć dziecku w szczęściu, zdrowiu i miłości...Jeśli na prawdę życzymy naszym dzieciom aby w przyszłości były szczęśliwe - nie oceniajmy ich, nie przekazujmy im swoich lęków - przepracujmy je, nie krytykujmy - pozostawiając je bez wyjaśnienia, ale przede wszystkim nie buntujmy się bardziej niż one - dzieci mają prawo do buntu - muszą się z nami "ścierać" aby móc wyrobić swoje własne zdanie na dany temat, bo w przeciwnym razie będą przemawiać naszym głosem.

Jeśli czegoś się obawiasz droga mamo, jeśli masz kompleksy, które często do Ciebie wracają w myślach, jeśli z jakichś powodów Twoje dziecko Cię denerwuje, jeśli jesteś wybuchowa, a później tego żałujesz, jeśli jest coś czego nie napisałam, a Ty to czujesz...zgłoś się po pomoc...nie przekazuj tego ładunku dziecku, pozwól mu być sobą a nie Tobą. Przepracuj to co Ci ciąży (nie lubię mówić "przepracuj swoje dzieciństwo" - choć o to właśnie chodzi)...przed Tobą jeszcze wiele lat, niech to będą lata wolne od dawnych problemów, niech to będą lata nieobciążone smutkiem, lękiem, żalem...bo te odczucia przekazujemy naszym dzieciom, którym życzymy szczęścia i miłości...


A ja życzę Nam Mamom - WOLNOŚCI 
 


 
 

piątek, 4 maja 2018

KOCHA - LUBI - SZANUJE

W lubieniu miłość się nie zawiera...lecz w miłości, lubienie owszem...teoretycznie...

Kocha, lubi, szanuje - triada, której każdy oczekuje w rodzinie - od partnerów, dzieci, rodziców, rodzeństwa a nawet przyjaciół. Jednak z tego bagażu ludzi, tylko przyjaciół sobie dobieramy.
 
Źródło: oscarkarlsten.com
 
"Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu"...tak i nie...
 
To prawda, że rodzina jest nam narzucona - a kocha, lubi, szanuje - nie zawsze współwystępują.
 
Relacje w rodzinie to ciężka i nie zawsze przyjemna praca. Aby zrobić dobre zdjęcie też trzeba się napracować i często posiąść wiedzę i doświadczenie:)
Oczywiście może to być zdjęcie byle jakie, a może być piękne, które uchwyci dany moment w sposób wyjątkowy. Do zdjęcia takiego chętnie wracamy, wieszamy w salonie - w miejscu centralnym, chwalimy się znajomym...
 
Co się dzieje gdy mamy duże oczekiwania, roszczenia - chcemy "brać", nie uwzględniając "dawania"...co się wtedy dzieje z relacjami...gdy spotykamy się z kimś bo wypada, gdy spotykamy się z kimś bo "musimy", lecz nie mamy na to ochoty...
 
Co się za jakiś czas wydarzy, gdy mamy wobec kogoś tylko oczekiwania? Czy triada "kocham, lubię, szanuję" pozostanie niezachwiana?
 
"Kocham" rodzi się z nami i dojrzewa lub wygasa, bardzo często cierpi, ale wiele potrafi znieść, jest bardzo tolerancyjne.
 
"Lubię" to wybory, chęci, charakter...jest elastyczne na zmiany, potrafi robić dobrą minę do złej gry i często daje drugą a nawet trzecią szansę.
 
"Szanuję" to wychowanie, osobowość, ciężka praca...nie zawsze daje drugą szansę i często nie dopuszcza do trzeciej, nie zawsze jest tolerancyjne...potrafi unieść się dumą...
 
Aby zaistniała triada, trzeba się napracować. Ale to praca, która ma sens i przeważnie przynosi rezultaty. To praca, która robi dobrze nam i innym oraz kolejnym pokoleniom...
 
Bycie rodzicem, dzieckiem, dziadkiem, ciocią, kuzynem...itp...nie jest obowiązkiem...jest przywilejem, a powinno być również przyjemnością. Lecz żeby przyjemnością było...trzeba się uzbroić w cierpliwość i zapracować na tę przyjemność...sprawić aby pewne zachowania stały się nawykami (oczywistością:) a następnie zbierać plony tej pięknej pracy.
 

 Źródło: youngface.tv/rodzina/
Dobre relacje to regularna "wypłata" za pracę na rzecz rodziny, przyjaźni.
 
 

sobota, 3 lutego 2018

A PANI SIĘ CHCE?


Na rynek chodzę bo lubię...lubię czuć zapach warzyw i owoców...lubię te kolory...lubię ten specyficzny dla targowisk gwar...lubię podglądać ludzi, którzy dotykają wszystkiego i kupują lub idą dalej do "swoich"...
 
Ja też mam "swoich"...i do nich też lubię chodzić...wiem, że Oni tam pracują, ale też żyją targowiskiem...mają swoich stałych klientów, którzy darzą ich zaufaniem, którzy często ich komplementują "niech mnie Pani nigdy nie zostawi, bo ja tylko Pani jajka lubię", "bo ja to wiem, że u Pani to na pewno nie pryskane", "Panie, te Pana ziemniaki, to nie potrzebują ani mięsa ani surówki...takie dobre"...
 
I ja tam chodzę, żeby tego posłuchać trochę...taka solidarność ze "swoimi", to niezwykłe zaufanie....obserwuję też, że czasami to na rynku ludzie chcą najzwyczajniej "pogadać"...bo Oni się tam jak "u siebie" czują...
 
I ja też tak czuję...poszłam po kurę, masło (tydzień wcześniej zamówione x3), śmietanę (na Hanuszkowe lody) i jajka...i ta moja Pani opowiada mi o śmietanie i że masła ma dla mnie 2 szt. bo nie udało się zrobić na wszystkie zamówienia...i o te lody mnie spytała...
Pani: "Czy Pani się chce te lody samej robić...w sklepie tyle tego"...
Ja: "A no chce mi się, bo skład chemiczny krótki, a Pani śmietana najlepsza, poza tym jak się swoje lody je to prawdziwe szczęście się odczuwa!"
Pani: (na to uśmiechnęła się) "No to ja się bardzo cieszę, bo teraz młodym to się nie chce...wszystko gotowe kupują....a tu właśnie o to "swoje" chodzi i o to "chcenie""...

Chodzę też po jabłka do Pana, który z ojcem swym czasami coś dorzucą gratis, albo opowiedzą krótką historię o swoich warzywach i owocach...i dziś dowiedziałam się, że powinnam spróbować ich wyjątkowych jabłek...bo one są z jedynego drzewa...bardzo starego...i nie wiedzą ile jeszcze "wiosenek" to drzewo będzie jabłka dawać...jakież było moje zadowolenie, gdy mogłam stać się częścią historii tego drzewa:) niby nic...a człowiek poczuł, że musi te jabłka wziąć...


Mleko kupuję od Pana, który swoje kozy jak dzieci traktuje...wiem bo widziałam...wiem bo widać po tym jak o swoim szczęściu związanym z kozami mówi...i te Jego sery...z kozieradką i czarnuszką...moje ulubione...


Obok stoi Pan który sprzedaje swoje przetwory...sosy, dżemy, przyprawy...ale i jedyne w swoim rodzaju pierożki z mąki orkiszowej z magicznym nadzieniem (dziś była to kapusta kiszona z pomidorami, cebulką i kabaczkiem, co miesiąc inne nadzienie, bo Pan przyjeżdża raz w miesiącu)...smak...nie do opisania, już nie wspomnę, że zdrowe...ale moje łase oczy miedzy tymi wszystkimi cudami dostrzegły przecudnej urody ciasto!!!...te kolory, ta dokładność wykonania...ale przede wszystkim...ten skład...tam było wszystko w co wierzę, że daje siłę, moc, zdrowie, energię...i daktyle i olej kokosowy i kasza jaglana i kakao i orzechy i granat i pomarańcze i orkisz...i wiele innych, których nie jestem w stanie wymienić...i ten Pan powiedział, że to bardzo czasochłonne ciasto, ale że Jego córce się chce...


A mi się chce w sobotę rano, zamiast gnić w łóżku, tylko i wyłącznie dlatego, ze jest weekend...iść na rynek...jeden...drugi...i być z Tymi ludźmi, którym również się chce...cudownie jest czerpać od Nich energię...inspirować się ich chęciami...wiedzą...umiejętnościami...ich zdrowym podejściem do życia...pewnie każdy z nich ma nie łatwą historię...ale nadal Im się chce...a może nawet bardziej niż tym co tej trudnej historii nie mają...


Więc drodzy moi...niechaj Wam się ZACHCE...bo życie można przeżyć tylko raz...nie ma takich pieniędzy i mocy na Świecie, aby było nam dane przeżyć życie jeszcze raz...lepiej...
 
 

piątek, 8 grudnia 2017

...UWAŻNOŚĆ...


Dzieciństwo to słowo pozytywne...nawet dla osób które dzieciństwa nie miały...dzieci w naturalny sposób tworzą sobie Świat bezpieczny...jeśli w domu jest źle..."uciekają" na dwór/w gry komputerowe/itp...jeśli z kolegami się nie układa...wymyślają sobie "nowych kolegów"...bo dzieci wyposażone są w wyobraźnię, której dorośli "nie posiadają"...nasza (dorosłych) wyobraźnia spaczona jest doświadczeniami i przypuszczeniami...dzieci potrafią widzieć to, czego ja im bardzo zazdroszczę...widzą Świat takim jakim chciałabym żeby był...jest kolorowy, piękny, nie przesiąknięty zawiścią i materializmem...

Czasami dzieci chcą zachowywać się jak dorośli, obserwują nas i naśladują...bo nasz Świat wydawać im się może atrakcyjny...jesteśmy "autorytetami"...jednak dla mnie autorytetem jest dziecko, które nie ocenia, nie szydzi, chętnie pomaga... 
 
Dorośli potrafią się doszukiwać nawet w szczęściu nieszczęścia...to wcale nie jest takie trudne... nie zapominajmy o naszej umiejętności "przypuszczania"...straszna przypadłość ludzi "dorosłych"...zakładamy, że stanie się coś...co być może/prawdopodobnie nigdy nie nastąpi...

Dalej idąc...
 
Brak uwagi...jest "ciężkostrawny" na każdym etapie życia. W każdym wieku potrzebujemy uwagi. Jednak dzieci potrzebują jej najbardziej...od tego zależy ich dalsze postrzeganie ludzi (nie zawsze oczywiście)...lecz nie radujmy się zawczasu...niech nie przychodzi nam na myśl "odbębnić" UWAGĘ...

Jeśli z kimś rozmawiamy, chcemy utrzymywać kontakt wzrokowy... jeśli z kimś w coś gramy, chcemy czuć, że ta osoba angażuje się w grę...jeśli idziemy z kimś na obiad do restauracji, to chcemy czuć obecność tej osoby, jest nam przykro gdy widzimy, że odpływa myślami w nieznane...

Święta...to czas miłości, hojności, dobroczynności...ale przede wszystkim powinien być to czas uważności...Jeśli w ciągu całego roku "nie mamy czasu" na "prawdziwą bliskość"...to chociaż w tym pięknym okresie świątecznym zbliżmy się do ludzi, którzy bardzo naszej uwagi potrzebują...tego nie zapakujesz na prezent...nie ofiarujesz uwagi raz na zawsze...nie przekażesz jej "zdalnie"...jeśli masz okazję być z kimś blisko...to niech ta bliskość będzie fizyczna i emocjonalna...

...nie znamy dnia ani godziny...więc nie zwlekajmy z tym "do jutra"...


Życzę uważności

sobota, 4 listopada 2017

STRACH SIĘ BAĆ

Mówi się, że zwierzęta nie atakują bez powodu...muszą być "chore", głodne lub znajdować się w sytuacji realnego zagrożenia...czyli odczuwać strach...
 

a czego boją się "człowieki"???
 
Ludzie często boją się czegoś co nigdy nie nastąpi...czyli odczuwają lęk...a lęk jest nieuzasadniony...jest "oczekiwaniem" na zagrożenie...i tego nie znają zwierzęta...chciałabym jednak zaznaczyć, że myślę tu o zwierzętach dzikich...bo zwierzęta, które oswoił człowiek, nie walczą o pożywienie i nie chronią potomstwa...no i często przejmują zachowania swoich opiekunów...więc i znane są im lęki... 
 
Strach w przeciwieństwie do lęków dotyczy wszystkich. Jest on niezbędny w życiu. Alarmuje nas o realnym zagrożeniu...sygnalizuje, że należy uciekać lub walczyć. Nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazić, co by się stało ze Światem, gdyby organizmy żywe nie odczuwały strachu...można sobie jednak dopowiedzieć w przypadku natury "uspołecznionej"...psychopaci rzadko reagują strachem na sytuacje zagrożenia...


 
Niestety ludzkość idzie w kierunku przeciwnym do tego co wyznacza natura...pomijam sferę ciała...naszego wyglądu, który z naturą również ma coraz mniej wspólnego;(...ale chodzi też o strach...czyli pierwotną formę "obrony", która wykształciła się w procesie ewolucji...
 
Ludzie (i to co oswoili:) mają coraz więcej lęków, które mimo takich samych komponentów poznawczych, somatycznych, emocjonalnych i behawioralnych co strach...różnią się istotnie...
 
- LĘK - jest irracjonalny (nieokreślone bliżej niebezpieczeństwo)
- STRACH - jest osadzony w rzeczywistości (reakcja na realne zagrożenie)
 
Paradoks jest taki...że lęków mamy multum, a to strach jako jedyny powinien być przez nas odczuwany, to on jest istotny, bo "teoretycznie" pozwala nam przeżyć...

Wiem, że łatwo jest "mówić", gorzej zrobić...jednak jeśli uświadomimy sobie (a to wymaga czasu i naszego zaangażowania), że nasze lęki faktycznie  niajk się mają do rzeczywistości...to przestaną nas one definiować...przecież nasze  życie jest warte więcej niż to co być może nigdy nie nastąpi...jeśli nie mamy na coś wpływu...to czy godne jest to naszej uwagi...to strach ma prawo do nas a my do niego...on jeden, w określonym momencie, mając konkretny powód...realny powód...a nie tysiące lęków, które przejmują nad nami kontrolę i wpływają na różne sfery naszego życia...od pracy po życie rodzinne...


Jeśli zauważysz, że czymś nadmiernie (na wyrost) się martwisz...zatrzymaj się na chwilę...spróbuj wyciszyć...i pomyśl...czy to co zajmuje Twoje myśli...jest "prawdopodobieństwem" czy "prawdą tu i teraz"...czy są "ewentualne" wyjścia z sytuacji...czy tylko "uciekaj" lub "walcz"...jeśli do głowy przychodzi ci mnóstwo rozwiązań...porzuć wszystkie...poczekaj aż przyjdzie "strach" - on ma tylko dwa rozwiązania...nie marnuj życia na szukanie rozwiązań w worku pełnym wszystkiego i niczego...

"Strach się bać", "Strach ma wielkie oczy", "Strachy na lachy"...czy aby na pewno te powiedzenia dotyczą faktycznie strachu??? czy może jednak lęków...jak widać lęki ogarnęły nawet strach:)



Życzę nam wszystkim jak najmniej lęków:)
 
 
 

sobota, 30 września 2017

W KONTAKCIE

Nie bardzo wiem, jak to jest nie "lubić" ludzi...nie wierzyć w ludzi...nie utrzymywać bliskich relacji z ludźmi... Kiedyś pisałam, o tym że lubię samotność, ale tą z wyboru...tą, którą uzgadniam sama ze sobą. Samotność, która wymyka nam się spod kontroli jest "chorobą" stopniowo postępującą, a lekarstwem na nią - tylko ludzie...prawdziwi....Ci którzy chcą być z własnej woli. Mam wielkie szczęście...lub pewne cechy, które "trzymają" przy mnie "moich ludzi"...od lat tych samych. To ogromna wartość w moim życiu. Nie trudno jest "kolekcjonować" znajomych na FB, nie jest wyzwaniem mieć wielu kumpli...lecz sztuką a raczej ciężką pracą jest mieć przyjaciół, którzy są z nami "od zawsze". Oni nie potrzebują pretekstu aby się z Tobą spotkać i nie szukają wymówki aby się nie spotkać. Przy niech nie spinasz się gdy zarabiasz mniej i nie krępujesz gdy zarabiasz więcej. Gdy przywitasz ich w dresie nie dowiesz się od "innych" jak źle wyglądałeś, a gdy rozstaniesz się z partnerem to oni nie rozstaną się z Tobą. Nie czujesz presji aby regularnie raz w tygodniu się odezwać, aby podtrzymać kontakt, bo jak zadzwonisz za miesiąc to nie rzucą słuchawką. Gdy spotkasz się z nimi za pół roku...bo mijaliście się w terminach...to nadal będzie o czym gadać (nie koniecznie o pogodzie:) Powiedzą Ci prawdę, lecz przeproszą gdy zaboli...mimo to skłamać nie potrafią...bo i dlaczego...skoro z kłamcami utrzymywać kontaktu byś nie chciał...
 
 
To dosyć trudna relacja...z pozoru...bo przyjaźń dzieje się sama...żyje swoim życiem...z przyjaźnią jest jak z pracą z powołania. Gdy coś bardzo lubimy robić i jesteśmy w tym dobrzy...przychodzi nam to z łatwością...Przyjaźń to ciężka praca, bo wymaga od nas tolerancji i zaangażowania...nie raz poświęcenia...jednak należy sobie uzmysłowić, że i w stosunku do nas jest ktoś tolerancyjny...zaangażowany i poświęca dla nas swój czas...uwagę...ale odbywa się to z przyjemnością a nie z powinności...wtedy mówimy o przyjaźni...
 
Nie lubię nadużywać słowa PRZYJAŹŃ, jednak nie jestem osobą, która boi się porażki...jeśli kogoś uważam za przyjaciela, a się na nim zawiodę...to się zawiodę i już...życie weryfikuje przyjaciół...za nikogo życia oddać nie muszę. Ale nie o "potęgę" słowa tu chodzi. Chodzi o kontakt...o komunikację...o relację...nie chodzi o nazywanie ludzi przyjaciółmi, kolegami, kompanami...
 
 
Mam takie odczucia, że dla nich chce się piec ciasta, gotować nawet gdy zmęczenie odradza tego typu działania..."sprzątać" po nich, bo przecież odmawiasz gdy proponują pomoc;) Dla nich po prostu tak ustawiasz dzień/tydzień/miesiąc aby się z nimi spotkać...bo kontakt z nimi to czysta przyjemność, która rekompensuje gorszy dzień, kłótnię w pracy, złą pogodę...Dobre relacje sprawiają, że cieszymy się na dzień jutrzejszy i chętnie wracamy myślami do dnia wczorajszego...codzienne czynności nie są obowiązkami a "oczywistą oczywistością", problemy w pracy to nie dramat życiowy a powód do głębszych refleksji przy kawie, a "odchyły" w związku to tylko okres przejściowy, nad którym należy popracować, a nie powód do rozstania...
 
A gdy zapraszają Cię do siebie...częstują aromatyczną herbatą...a ona zawsze smakuje lepiej u nich - to chyba nazywa się "MAGIA DZIELENIA SIĘ Z INNYMI".
 
 
Życzę Wam...pozostać W KONTAKCIE:) jesień temu sprzyja...